Wychodząc od Lidii z domu, leci mi jedna, malutka łza. Od razu ścieram ją z zimnego policzka. Po chwili i tak mam całą mokrą twarz. Jasne jest, że od deszczu.
Mam nadzieję na łagodne potraktowanie w pracy. Dyrektora fabryki, powinno jeszcze nie być, ale i tak biegnę truchtem w jej stronę.
Cały poranek tnę, szyję, szydełkuję, poprawiam, dziergam i prasuję. Myślę, że zasługuję na dobre wynagrodzenie. Około południa przychodzi Pan Beans - dyrektor fabryki. Aby sprawdzić ile dziś zrobiliśmy. Okrutny facet o zimnym sercu jak lodowiec. Nie ma rodziny. Zawsze przynosi bat.
Ja pracuję tu już od trzech lat, kiedy wreszcie znaleźli mi jakąś robotę po śmierci rodziców. Tak zazwyczaj, to dzieci rzucają szkołę ok. 14 roku życia. Chyba, że ich rodzice są bogatsi niż inni. Ale ogólnie w Ósemce jest mało dzieci, ponieważ rzadko kto chce mieć na wykarmieniu kolejną buzię.
Dziś Dyrektor jest bardzo zły. Krzyczy na całą fabrykę aż okna drżą. Rzuca batem na prawo i lewo. Nagle, przestaje krzyczeć i śmieje się złowieszczo. Oznajmia nam, że ten kto zrobił dzisiaj mniej niż cztery robótki, idzie z nim.
Wszyscy dobrze wiemy co to oznacza. Przyjście do domu tak, aby cię własna matka nie poznała. Albo, nie przyjście w ogóle....
Na szczęście zrobiłam dziś pięć robótek. Schylam się by sięgnąć po cztery dzieła, leżące w moim koszyku, i przeżywam szok. Koszyk jest pusty...
Staram się opanować w miarę oddech. Podnoszę się i widzę tylko jedną robótkę. Wpadam w panikę i rozglądam się. W tym momencie widzę Carolyn, jedną z osiemnastoletnich pracownic z sześcioma pięknymi robótkami.
Moimi robótkami...
Ubieram podziurawioną folię którą nazywam "płachtą przeciwdeszczową ". Potrzebna jest mi, ponieważ nasz dach w kuchni, ma malutkie dziurki, i niestety przecieka. Gotuję resztki lnu i połykam prawie na jeden raz. Wychodzę na zewnątrz i patrzę na zboże, które zasiałam już trzy miesiące temu. Tak... Jest już prawie doszczętnie zniszczone... Oczywiście przez deszcz - cudowny prezent od Kapitolu...
Klnę pod nosem i idę na prawie drugi koniec dystryktu - do Lidii. Po drodze muszę przejść przez najbiedniejszą część Ósemki, później przez centrum, gdzie znajduję się mała jadłodajnia Lidii. Już pewnie tam siedzi. Czasem przychodzę tam po pracy i w przerwie. Teraz nie mam na to czasu ani ochoty. Idę dalej, i niedaleko centrum znajduję najbogatszą część dystryktu, a trochę dalej - Wioskę Zwycięzców. Jak na razie mieszka tam tylko Sonny, choć nie wygrała żadnych Igrzysk. Ja jednak zatrzymuję się w tej bogatszej części Ósemki, skręcam w boczną, wydeptaną przeze mnie, Lidię i Dannego, uliczkę. Tam spokojnie stoi nie duży, ale nie malutki (jak mój) domek.
Kiedy wchodzę do salonu, zastaję Dannego siedzącego na brązowym fotelu. Wygląda jak zawsze. Ma rozwichrzone blond włosy. Jak na jego chorobę jest chudy, ale postawny. Można nawet powiedzieć, że umięśniony. Patrzy na starą fotografię. To zdjęcie wnuczki Lidii - Leny. Jest w niej zakochany odkąd zaczęła do niego przychodzić, gdy ja i Lidia byłyśmy w pracy. Tak naprawdę, to tak rzadko wychodzi, że nie dziwię mu się. Jest bardzo przystojny. Gdyby nie był chory, pewnie nie mógłby się opędzić od dziewczyn... Ale jest chory, Abigail, i kropka. Często muszę sobie to przypominać...
-Hej Danny - witam się.
-Cześć Abigail -odpowiada uśmiechnięty.
-Co tam oglądasz? -pytam go.
-Aaa, to Lenka, jakoś długo już nie przychodzi. Wiesz może dlaczego? -pyta.
-Nie mam pojęcia, ale zapytam się Lidii -mówię.
-To dobrze, Abi -wraca wzrokiem do zdjęcia.
Lena bardzo lubi Dannego, ale nie jestem pewna, czy ona czuje do mojego brata coś więcej. Boję się, że któregoś dnia zrani jego uczucia, chociaż wątpię, bo jest tak miłą i pomocną dziewczyną, że kiedy Danny obsypuje ją komplementami, ona tylko śmieje się przyjaźnie, i dziękuje mu. Jest chyba moją rówieśniczką. Ma krótko ścięte, rude włosy i jaśniutką karnację. Ma wyraźne dołki w policzkach. Nie wiem o czym rozmawiają gdy są sami, bo Danny wstydzi mi się cokolwiek powiedzieć. Za to wiem od niego, że zawsze na pożegnanie, Lena całuje go w policzek.
-Wiesz że już jutro są dożynki? -pytam go.
-Tak? To tak szybko minęło? -pyta mnie.
-Tak. Czyli jutro spędzamy całyyyy dzień razem -mówię z uśmiechem, i siadam naprzeciwko niego, na drugim fotelu.
-To fajnie. Czyli już ostatni raz będę brał udział w losowaniu?
Niestety tak. Dwa dni temu, był u nas (u Lidii) mężczyzna, który miał ocenić, czy Danny jest w stanie brać udział w Igrzyskach. Porozmawiał z Dannym, i uznał, że nie ma żadnych przeciwwskazań. Tylko jednego roku nie brał udział w losowaniu. Był wtedy w stanie krytycznym i szoku, ponieważ w tamtym roku zginęli rodzice.
Mój brat nie pracuje. Dają nam pieniądze co miesiąc na jego utrzymanie. Tiaa... Parę groszy i że niby ma starczyć na jego leki, jedzenie, ubrania... Danny nie brał żadnych astragali. Ja brałam trzy. Dwa razy po śmierci rodziców. I raz, gdy prawie umarłam z głodu, jakieś trzy lata temu.
-Muszę już iść, więc trzymaj się. Wrócę wieczorem Danny. Aaa, i nie rób głupstw - żegnam się
-Dobrze Abigail, do zobaczenia -odpowiada.
Klepię go po ramieniu, całuję w policzek i wychodzę.
Około piątej nad ranem kończę moją robótkę. Chowam ją do półeczki pod etażerką. Mam zamiar dziś przyjść wcześniej do fabryki, ponieważ wczoraj wyszłam ok. godziny wcześniej. Danny zachorował i trzeba było sprzedać wszystkie robótki domowe, później z tych pieniędzy, kupić mu skromne lekarstwa. Dlatego dzisiejsza nocna robótka leży teraz w szufladzie zupełnie samotnie.
Wszystkie pieniądze z moich prac robionych w fabryce, idą do prezydenta Ósemki. Ja dostaje 35% z tego co stworzę. A to, co on sobie robi z resztą, to już tylko sam diabeł wie. Co do robótek domowych, z ich dochodu, mam co miesiąc oddawać Kapitolowi 50%. Dlatego po zakupach lekarstw jestem w tyle. Zawsze staram się odkładać z każdego zarobku połowę, ale teraz jestem spłukana. Może Danny ma jakieś oszczędności. Bo teraz na pewno wiem, że do końca miesiąca muszę co do grosza, wszystko odkładać na Kapitol. Czyli zapowiada się, to samo, co prawie każdego miesiąca...Głód...
W zwyczaju mam nie opowiadać o sobie, dlatego też nie wiecie jak mam na imię. Po prostu, kiedy żyje się w biedzie, nie myśli się o sobie.
Abigail Reditus -( w łacińskim tł.: imię - cieszę się, że moja córka się urodziła
nazwisko - żniwo ).
To właśnie moje znienawidzone miano.
Danny to mój starszy brat. Nasi rodzice nazwali go tak, aby nie wyróżniał się z tłumu. Urodził się z zespołem Pradera - Williego. Jest to zespół wad wrodzonych. Na chorobę składa się niski wzrost, upośledzenie umysłowe oraz otyłość. To nasze największe zmartwienie na całe życie. Rodzice nie żyją już od sześciu lat.
Matka była mentorką, ojciec dla odmiany jej mentorem. Tia... Nie ma to jak różnorodność...
Przez te lata nauczyłam się sama radzić sobie z Dannym, i opiekować się nim. Śpi i mieszka u Lidii, za co jestem jej niezmiernie wdzięczna. W naszej szopie nie ma warunków do mieszkania dla brata, więc ja mieszkam tam sama. Hmm... Szesnastolatka mieszkająca sama w szopie... To brzmi bardzo niesprawiedliwie...
Codziennie po dwa razy odwiedzam Dannego. Przed pracą w fabryce, i po pracy. U nas, tylko w dzień Dożynek się nie pracuje. Więc cały ten dzień zawsze spędzam z nim...