środa, 26 sierpnia 2015

Rozdział 6 - Księżniczka

Piąta rano. Kap. Kap. Kap. Monotonne klepanie deszczu o parapet Lidii rozwala mi czaszkę. Doprowadza do szaleństwa. Powoduje zwidy. Widzę ojca chodzącego po pokoju w którym śpię. Widzę mamę robiącą robótki. Jej szept : Abi, Abi. Straszna chmara robaków chodzi po jej ciele po chwili nie zostawiając ani kawałeczka skóry.

Moje krzyki sprowadzają do pokoju Lenę. Nie wiem co tu robi ale jej widok mnie uspokaja. 

-Wszystko w porządku? - pyta, ograniczając się do stania w progu.

-Tak - odpowiadam zgarniając pot z czoła - To tylko zły sen.

- Dobrze, na dole jest śniadanie - prawie wychodzi, gdy nagle przed zamknięciem drzwi coś sobie p
przypomina - A, i przygotowałam ci strój na dzisiaj. Jest w łazience.

-Dziękuje Lena - uśmiecham się do niej. Nagle uświadomiam sobie że kompletnie nie mam pojęcia co zrobić ze swoimi włosami. - Lena, czy mogłabyś może pomóc mi z fryzurą? - pytam niepewnie.

-Oczywiście, daj znać kiedy będziesz gotowa.- odpowiada uprzejmie i wychodzi z mojego pokoju.
 
Przecieram oczy, wyłażę z ciepłej kołdry i idę się wykąpać. Myje również włosy, żeby Lena miała na czym pracować. Patrzę na strój przygotowany dla mnie. Czarne eleganckie spodnie idealnie pasują na moje szczupłe nogi. Koronkowa, biała, przylegająca bluzka to następny element mojego ubioru. Całość dopełnia czarna marynarka zapinana na brzuchu. Założę się że to wszystko uszyła Lena. Ubieram wszystko i starannie zapinam guziki marynarki. Łał. Ma niesamowity talent. Gdybym była bardziej towarzyska, na pewno bym ją uściskała. Mam jednak nadzieję, że "dziękuje" wystarczy.
 
Dzisiaj dzień dożynek. Dlatego właśnie tu jestem. W sensie w domu Lidii. I Danny tu jest, i Lena ,i mogę się założyć, że Nill też przyjdzie mnie zobaczyć. Łapie mnie stres i jak na razie zapowiada się, że szybko nie puści. Trzeba zająć się włosami. Schodzę cicho na dół gdzie siedzi zapłakana Lena.
 
-Co się stało? - podbiegam do niej.

-Chodzi o Dannego... - mówi chicho.

-Coś się z nim stało?! - zaczynam prawie krzyczeć - Danny!! - już prawie jestem na chodach.

-Nie! Nie! Wszystko z nim okej - przywołuje mnie do siebie Lena.   

-To o co chodzi?

-Powiedział mi... że mnie kocha... - patrzy na mnie prosto - Wczoraj wieczorem.

-Szlag. I co mu powiedziałaś?

-Że jutro z nim porozmawiam - prychnęła
 
Nie jest dobrze... Zawsze obawiałam się tej sytuacji... Że Danny skończy ze złamanym sercem...
 

-Powiedz mu prawdę. Bo ty go nie kochasz, prawda?

-Wiesz... Żywię do niego naprawdę silne uczucia.. Ale w tym świecie.. To tak nie może być...

-W porządku. Zrób tak....
 
Plan był prosty jak budowa cepa. Lena nic o tym mu nie mówi przed dożynkami. Po całej szopce wszyscy porozmawiamy w trójkę. Nie powiem, że mi to pasuje. Nie lubię wtrącać się w cudze sprawy. Tym bardziej miłosne.
 
Zabieram Lenę do łazienki, każę jej się wymyć i założyć odpowiednie obrania. Potem zajmiemy się fryzurami. Pasuje jej każde z tych rzeczy więc nie przeciwstawia się. Idę zająć się Dannym.
 
-Ej śpiochu, wstawaj - spoglądam przez uchylone drzwi - Wiesz, że nie mogłam przez ciebie spać, bo tak chrapałeś! - Mówię, choć wiem, że to nie prawda.

-Już... daj mi dziesięć minut Abigail...  - wiem również, że to prawda, więc idę na dół, mając nadzieję, że spotkam tam...
 
-No, no, no! - gdy widzę ten uśmiech jest mi trochę lepiej. - Czy powinniśmy teraz nazywać Leną cudotwórczynią? - Nill całuje mnie w czoło gdy koło niego przechodzę.

-Myślę, że tak. - zajmuję się smarowaniem ostatniego kawałka chleba, po czym podsuwam go Nillowi pod nos - Głodny?

-Ab, czemu nigdy nie myślisz o sobie!

-Bo nie mam no to czasu! - mówię głośno - Ale za to patrz! - kręcę się wokół własnej osi. Prawie upadam, ale Nill mnie łapie.

-Oj, księżniczko, księżniczko... - mówi, kiedy odsuwam się.

-Mówiłam Ci, żebyś tak do mnie nie mówił!

-Tak. Mówiłaś również, że nigdy nie zakochałabyś się w nauczycielu! - przekomarzał się dalej.

-Tak. Tylko to było ok.2 lata temu zanim mnie okabaciłeś! - prawie śmieję się.

-Ja?! - mówi z przekąsem i podchodzi do mnie - Ja tylko poddałem się uroku uczennicy - szepcze mi uwodzicielsko do ucha.

-Spadaj! - odpycham go śmiejąc się już głośno.

-Tak?! Tym razem mnie nie powstrzymasz - zanim się obejrzę jego usta mocno przylegają do moich.
 

Hej Kochani! Czytacie?

Nie mam pojęcia czy jest sens dalej pisać opowiadanie... Proszę więc o komentarz, czy zagłosowanie w ankiecie z odpowiedzią czy chcecie to dalej czytać. I czy ktoś tu jest! Już jedna osoba da mi powód do pisania :)

Trzymajcie się :)

sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział 5 - Wariactwo Dannego

Biegnę do domu Lidii niczym błyskawica. Mijam wychudzonych ludzi z twarzami zombie, ale i też bardzo ładne i łagodne twarze. My w Ósemce jesteśmy całkiem ładni (jakkolwiek to brzmi). Patrzę na malutką piekarnie z małymi babkami Pani Ticket, matki zeszłorocznego trybuta , który z resztą zginął przy rogu obfitości.

Gdy wreszcie staje przed drewnianymi dzwiami i już mam zapukać, słyszę krzyk. Odruchowo wywalam drzwi z zawiasów i wpadam do środka. Moim oczom ukazuje się Danny krzyczący i błagający na kolanach o coś Lidię. 

-Ććććć - odruchowo uciszam Dannego i zniżam się do jego poziomu na podłodze - Co się stało? -staram przebić się przez głos Dannego i pytam Lidię.

-Powiedziałam mu że musi przygotować strój na jutrzejsze dożynki i zaczął mnie prosić na kolanach o to czy może nie pójść. - odpowiedziała Lidia jednocześnie głaskając Dannego i starając się go uciszyć.

-Danny, już w pożądku. - zwracam się już do Dannego i przytulając go staram się go uciszyć.

Po pieciu minutach udaję mi się go uspokoić i posadzić na fotelu. - Chcesz wody Danny? - pytam się go z zatroskaną miną.

Nie, ale nie możesz nic z tym zrobić??? - pyta mnie błagalnie.

Danny, wiesz że nic. - rozkładam ręce. - Ale jutro będziemy przecież cały dzień razem. - mówię łagodnie. - Pójdziemy na dwór, pospacerujemy i... nauczę cię robić robotki - dodaję już z szerokim uśmiechem.

Bo ty robisz takie piękne robótki - mówi Danny rozmarzony - nareszcie nauczę się robić takie jak ty! 

Dobrze Danny, chcesz już iść spać? - pytam wstając na jednym kolanie.

Tak - mówi posłusznie i powoli wstaje.

Pomagam mu dojść do jego łóżka, rozebrać się i na koniec przykrywam go kołdrą żeby nie było mu zimno. Jestem pewna że w nocy znowu będzie lać.

-No cóż Danny, do jutra....



czwartek, 2 kwietnia 2015

Rozdział 4 - Moje kochane, słodkie pocieszenia...

Nie wierzę! Po prostu nie wierzę! Co za chamstwo! Przecież ona ukradła MOJE robótki! Ale nie mogę jej oskarżyć przed dyrektorem, uzna, że kłamię. A ta krowa będzie dzisiaj świętować...

Gdy dyrektor z chytrym uśmiechem podchodzi do mnie, staram się z siebie coś wydobyć, ale wychodzą tylko jakieś przerywane jęki.

-No, kochanie - mówi zadowolony dyrektor - Zapraszam ze mną... 

Bez słowa, idę. Nogi mam jak z waty, a moje ręce atakują niekończące się drgawki. Przed oczyma widzę Dannego dziś rano, siedzącego na starym fotelu. Mówi, że wszystko będzie dobrze, i że muszę dotrzymać obietnicy i przyjść wieczorem. Zapamiętuje te słowa i staram się być świadomą tego, co za najbliższą chwile ma mnie spotkać.

Stajemy na końcu korytarza i dyrektor otwierając drzwi mówi:
-No, to dzisiaj jesteśmy sami.

Siadam na wysokim taborecie. Zanim się obejrzę, dostaje w twarz z metalowej rękawicy. Już leżę na ziemi. Podnosi mnie i teraz w brzuch. Takie męki trwają ok. 24 minuty. Tak, liczę.

Mam szczęście. Zostałam wyjątkowo delikatnie potraktowana. Powiedziałabym, że prawie jak płatek śniegu w zimie. Przecież żyję i mogę chodzić, to przecież cudownie...

Kiedy wchodzę do głównej sali, nie boję się rzucić pełnego nienawiści spojrzenie w stronę Carolin. Kończę jednak szybko, kiedy widzę jej pełne łez oczu. Nie będę jednak rzucać się jej na szyję i całować. Przez nią mogłam stracić życie, lub zostać bardzo poważnie okaleczona. (Co w sumie nie byłoby takie złe...).

Po dziesięciu minutach udawania, że robię cokolwiek przychodzi dyrektor i mówi, że możemy już iść, bo jutro są dożynki... Już wiem gdzie pójdę. Do Nilla...

Jak dało się już zauważyć, moje życie miłosne nie jest zbyt atrakcyjne. Mam tylko jedną osobę z którą łączy mnie coś więcej (oprócz Dannego), a tą osobą jest właśnie Nill. Mój nauczyciel, kiedy jeszcze chodziłam do szkoły. Spokojnie, nie jest starym, spróchniałym zboczeńcem. Ma 23 lata i jest synem burmistrza, Pana Milsona.

Z Nillem poznaliśmy się przed tym, jak dowiedziałam się, że będzie moim nauczycielem. Z początku groziło mu wyrzucenie, ale teraz już nie chodzę do szkoły, więc jest ok, a ja nie jestem już jego uczennicą.

Ciężko powiedzieć że "jesteśmy razem". To bardzo skomplikowana sprawa. Jego ojciec nie za bardzo mnie lubi. Nill jest najbogatszym mieszkańcem wraz z jego ojcem, więc burmistrz chce, aby Nill miał żonę na "poziomie".

Mijam duże domy "zwycięzców", których jak na razie jest tu niewiele, i docieram do małego domku, obok wielkiego pałacu, gdzie mieszka burmistrz. Pukam.

- Nill, to ja - wołam. Nill po chwili otwiera drzwi i widząc moją zmasakrowaną twarz prawie krzyczy - Zabiję gościa!!!

Gdy już jesteśmy w środku pyta, kładąc lód na moje oko - Co żeś zrobiła, że oberwałaś ?

- Caroline ukradła moje robótki, i wyszło na to, że NIC nie zrobiłam. - odpowiadam.

Nill całuje mój obolały policzek i zmienia temat - Zestresowana przed jutrem?

- Jakoś sobie radze, ale jest słabo. - mówię - Mam do ciebie prośbę.

- Jaką - pyta Nill.

- Gdyby mnie wybrano, czy... mógłbyś zająć się Dannym?

- Jest dla mnie jak brat, więc oczywiście... tylko szkoda że mnie nie lubi - dopowiada już z uśmiechem.

- Jesteś głodna? - pyta Nill.

- Ogromnie, ale idę do Dannego. Podobno Lidia coś pichci. Choć ze mną. - mówię.

- Wiesz, nie za bardzo, ale jutro się zobaczymy. - Całuję mnie na pożegnanie, a ja wychodzę.

Gdy idę do Lidii, zauważam, Lenę. Pracuje w fabryce dla "bardziej wykształconych i bogatszych mieszkańców, gdzie przynajmniej nie biją. Już wiem co powiedzieć Dannemu, o "zaginięciu" Leny.



Start

Hej kochani!

Wczoraj pojawił się pierwszy wpis na moim blogu, mianowicie - "Epilog".

Mogliście się już domyślić, że historia ta jest inspirowana powieścią Suzanne Collins pt. "Igrzyska Śmierci".

Świat przedstawiony tej historii:
 
Czas akcji: dystopijna przyszłość.
 
Miejsce akcji: Dystrykt Ósmy.
 
Bohaterowie: Wkrótce się dowiecie ;)
 
 

Zapraszam serdecznie do czytania mojej historii o dziewczynie której życie zgotowało niesprawiedliwą przyszłość. Od razu mówię, że to nie będzie banalna historia :)
 
Nie wiem dokładnie co ile będą wpisy. Jeszcze dam znać ;)
 
Pozdrawiam ;)
Tudziadzia

Prolog

Znowu. Znowu budzi mnie ponury deszcz. Leje codziennie, od ponad siedmiu miesięcy. Tak kara nas Kapitol, kiedy widzi w nas choć okruchy sprzeciwu. Zdecydowanie to nas, najbardziej nienawidzi.

 
Przynajmniej tak myśli każdy mieszkaniec Ósemki, łącznie ze mną. Każdy oprócz Sonny - kapitolinki z zielonymi włosami. Została tu przysłana jakieś dziewięć lata temu, kiedy to mieliśmy lekkie plany zorganizować powstanie przeciwko Kapitolowi. Miała być takim szpiegiem, ale zdecydowanie jej to nie wyszło. Od razu się przecież zorientowaliśmy. No bo co byście sobie pomyśleli, gdyby chyba pierwszy raz w historii (oprócz oczywiście dożynek) przyjechała by sobie do was - biednego dystryktu, kosmicznie ubrana i umalowana kobieta, która, tylko mówiłaby o tym, że chce poznać historię waszego dystryktu. I jeszcze w tym samym czasie organizowalibyście powstanie. Zaprzestaliśmy więc jakichkolwiek działań przeciwko Kapitolowi, i przesunęliśmy powstanie o jakieś kilkanaście lat.
 
Pozostał, tylko jeden problem, a mianowicie nikt po nią nie przyleciał z powrotem. Sonny jest bardzo miła i straaaasznie naiwna. Ona ciągle myśli, że Kapitol po nią wróci. Siedzi często w malutkim "barze" u Lidii, i czeka. Czasami chodzę tak z nią posiedzieć. Zazwyczaj opowiada mi o luksusach, którymi raczyła się w Kapitolu. Smuci się tylko tym, że w Kapitolu została jej córeczka - Mila. Bardzo jej współczuje. Kiedy Sonny wyjechała, Mila miała trzy latka, więc teraz, ma około dwanaście. To smutne, kiedy nie można patrzeć jak dorasta twoja pociecha... Włosy Sonny, już nie są w tak intensywnej zieleni. Już wyblakły, a jej skóra lekko zwisa, prawie niezauważalnie... Ale nieważne.
 
 
Schodzę z mojego małego materaca i siadam w moim tak zwanym "domowym miejscu pracy". Każdy w naszym dystrykcie kto ma dom, posiada również takie miejsce, aby pracować w każdej wolnej chwili. Tak naprawdę jest to zwykłe krzesło, malutka etażerka z jedną półeczką pod spodem, aby mieć gdzie trzymać gotowe ubranka, serwetki i inne wyroby.
 
 Biorę moje druty i kłębek, i po chwili namysłu, zaczynam tworzyć dzieło.

sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 3 - Praca jak co dzień....

Wychodząc od Lidii z domu, leci mi jedna, malutka łza. Od razu ścieram ją z zimnego policzka. Po chwili i tak mam całą mokrą twarz. Jasne jest, że od deszczu. 

Mam nadzieję na łagodne potraktowanie w pracy. Dyrektora fabryki, powinno jeszcze nie być, ale i tak biegnę truchtem w jej stronę.

Cały poranek tnę, szyję, szydełkuję, poprawiam, dziergam i prasuję. Myślę, że zasługuję na dobre wynagrodzenie. Około południa przychodzi Pan Beans - dyrektor fabryki. Aby sprawdzić ile dziś zrobiliśmy. Okrutny facet o zimnym sercu jak lodowiec. Nie ma rodziny. Zawsze przynosi bat.

Ja pracuję tu już od trzech lat, kiedy wreszcie znaleźli mi jakąś robotę po śmierci rodziców. Tak zazwyczaj, to dzieci rzucają szkołę ok. 14 roku życia. Chyba, że ich rodzice są bogatsi niż inni. Ale ogólnie w Ósemce jest mało dzieci, ponieważ rzadko kto chce mieć na wykarmieniu kolejną buzię.

Dziś Dyrektor jest bardzo zły. Krzyczy na całą fabrykę aż okna drżą. Rzuca batem na prawo i lewo. Nagle, przestaje krzyczeć i śmieje się złowieszczo. Oznajmia nam, że ten kto zrobił dzisiaj mniej niż cztery robótki, idzie z nim.

Wszyscy dobrze wiemy co to oznacza.  Przyjście do domu tak, aby cię własna matka nie poznała. Albo, nie przyjście w ogóle....

Na szczęście zrobiłam dziś pięć robótek. Schylam się by sięgnąć po cztery dzieła, leżące w moim koszyku, i przeżywam szok. Koszyk jest pusty...

Staram się opanować w miarę oddech. Podnoszę się i widzę tylko jedną robótkę. Wpadam w panikę i rozglądam się. W tym momencie widzę Carolyn, jedną z osiemnastoletnich pracownic z sześcioma pięknymi robótkami.

Moimi robótkami...